W końcówce lat 70-tych modne były rude lisy. Ceny skór dzikich lisów (spoza hodowli) były bardzo wysokie, przekraczając często wysokość przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia. Zaczęła się „lisia gorączka”.

W połowie grudnia było przewidziane polowanie na zające. Warunki były wspaniałe. Ponowa – w nocy spadło około 10 centymetrów śniegu, było słonecznie, mróz w granicach -5°C i zero wiatru. Na zbiórce pojawiły się dawno niewidziane twarze. Jeden z kolegów przywiózł w charakterze naganiaczy swoją żonę i córkę. Panie były zachwycone zimowym pejzażem, więc „ochom” i „achom” nie było końca. Na zakończenie odprawy prowadzący polowanie spytał zwyczajowo, czy ze strony uczestników są jakieś pytania. „A czy będą tutaj też lisy”?, – zapytała starsza z pań. Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Rozbawione towarzystwo zaczęło zajmować stanowiska na linii myśliwych, a naganiacze ciągnikiem z przyczepą pojechali rozstawić się na stanowiskach wyjściowych.

Pierwsze pędzenie było wprawdzie widowiskowe, gdyż zajęcy było sporo, ale efekty były marne. Mróz i skrzypiący pod butami nagonki śnieg powodował, że zające podnosiły się daleko przed linią naganiaczy i w większości wychodziły z boków pędzonego miotu. Strzelali praktycznie tylko koledzy mający stanowiska na ruchomych ankach.

Drugi miot zaczął się podobnie. Nagle od strony nagonki dobiegł nas głośny wrzask – „lis, uwaga lis”. Najgłośniej krzyczały nasze panie. Faktycznie z daleka zobaczyłem „rudzielca”, który po chwili zniknął w obniżeniu terenu ciągnącym się w kierunku stanowiska, na którym ustawiony był ich mąż i ojciec w jednej osobie. . Ten zamarł w bezruchu i starał się schować za nędznym krzaczkiem. Czas płynął, nagonka była coraz bliżej.

W pewnym momencie zobaczyłem rudą smugę na śniegu i usłyszałem strzały. Po strzałach lis zawinął z powrotem i zniknął za załamaniem terenu. Strzelał nasz kolega spod krzaczka. Teraz stał wyprostowany, spoglądając przed siebie, trzymając w pogotowiu powtórnie naładowaną broń. Usłyszałem sygnał zakazujący strzałów w miot.

W tym samym czasie z linii naganiaczy wyłamały się nasze panie i zaczęły na wyścigi biegnąć w kierunku dołka gdzie zniknął lis, wymachując przy tym niesionymi przez siebie kijami. Po chwili widać było jak machają tymi kijami, dobijając jak się później okazało, śmiertelnie rannego lisa. Za chwilę jakiś chłopak idący obok podniósł do góry martwego „rudzielca”. Przez moment pomyślałem, że za chwilę pomiędzy naszymi amazonkami rozpocznie się walka o lisią skórkę i zaczną się wzajemnie okładać. Zaczęliśmy nabijać się z naszego kolegi, że do upolowania lisa potrzebuje damskiej asysty. Paniom tak się spodobało polowanie, że w okresie późniejszym, zwłaszcza, gdy była ładna pogoda, częściej widzieliśmy je na naszych zimowych zbiorówkach.

* * *

Z perspektywy 43 lat polowań przyjemnie jest czasem powspominać dawne przygody. Chciałbym się podzielić tymi wspomnieniami z młodszymi wiekiem kolegami klubowymi, którzy nigdy w Polsce nie polowali, oraz tymi wszystkimi, których tematyka myśliwska interesuje.

Darz Bór