Gdzieś w połowie grudnia zaproszony zostałem przez Witię na zbiorowe polowanie w ich leśnym obwodzie. Część jego kolegów poznałem już na poprzednim „kaczo-rybnym” polowaniu. Teraz na zbiórce zjawiło się ich trochę więcej. Wszyscy mieliśmy dubeltówki, gdyż Rosjanom nie wolno było posiadać myśliwskiej broni kulowej. Po przyjeździe do leśniczówki prowadzący polowanie uzgodnił z leśniczym, na którym kawałku lasu możemy polować. Z jakichś względów formalnych (chodziło chyba o odpowiedzialność w razie wypadku) Rosjanie nie mogli zatrudniać ludzi do nagonki, polowali więc w lesie tzw. „ławą”. Byłem ciekaw jak to będzie wyglądało w praktyce. Leśniczy nie chciał z nami polować, zasłaniając się nawałem pracy biurowej. Wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy w wyznaczony rejon.

Rozstawiliśmy się na leśnej drodze w odstępach ok. 150metrowych i ruszyliśmy przed siebie wysokim, mieszanym lasem. Na napotkanych przecinkach mieliśmy wyrównywać linię. Las był w miarę rzadki tak, że widziałem cały czas moich sąsiadów maszerujących z obu stron. Do pierwszej przecinki dotarliśmy w miarę równym szeregu. Za tą linią, na wprost i po lewej stronie ciągnął się dalej wysoki las, natomiast po prawej zaczynała się już drągowina, a dalej za nią widać było ścianę młodnika. Mój sąsiad z prawej strony załapał się jeszcze na las, ale następny myśliwy musiał już iść drągowiną. Ciekaw byłem, jaki głęboki jest ten oddział. Na dalszym odcinku nie było możliwości, żeby utrzymać równą linię myśliwych. Ci w młodnikach na pewno będą szli wolniej. Cóż, pozostało mi tylko trzymać linię z moimi sąsiadami. Wreszcie zobaczyłem, że sąsiad z prawej daje mi znak, aby ruszać dalej. Po przejściu kilkudziesięciu metrów usłyszałem dwa szybkie strzały z prawej. Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem „rudel” saren wypadających z drągowiny, jakieś 30 metrów przed moim sąsiadem. On, ze względu na gęste poszycie nie widział ich, ale słyszał jak biegną. Te tymczasem skierowały się do tyłu, pomiędzy nas. Tutaj poszycie było już rzadsze i można było myśleć o strzelaniu. Czekałem by sarny minęły linię myśliwych, chcąc oddać bezpieczny strzał do tyłu. Broń miałem załadowaną „brenekami”. Nagle stwierdziłem, że mój sąsiad ciągnie lufami za sarnami, nie przejmując się zupełnie tym, że za chwilę będzie miał mnie na linii strzału.

Instynktownie schowałem się za pień grubego buka. W tym momencie usłyszałem strzały i uderzenia śrutów o moją zasłonę. Słysząc odgłos oddalających się saren ostrożnie wyglądnąłem zza osłony pnia. Mój sąsiad zbliżył się, ale na mnie nie patrzył. Patrzył w dół szukając śladów „farby”. Popatrzyłem na drugą stronę pnia, gdzie uderzyły śruty. Kilka z nich wbiło się dość głęboko w twarde bukowe drewno i zobaczyłem, że strzelał „loftkami”. Jedna taka kulka ołowiana o średnicy 7mm mogła mnie z łatwością zabić. Skląłem go od ostatnich w jego ojczystym języku, obrażając jego rodzicielkę, ale nie sprawiło to na nim żadnego wrażenia. Pokazywał mi na ziemi kilka kropel „farby” na znak, że tra ł. Powiedział, że wraca do tyłu za sarnami, sprawdzić czy raniona sztuka nie padła gdzieś dalej. A idźże ty sobie w cholerę jaśnistą – pomyślałem. Popatrzyłem na lewo, ale sąsiedniego myśliwego, którym był Witia, nie zobaczyłem - poszedł dalej do przodu. Przyśpieszyłem, aby zrównać się z linią myśliwych, co było o tyle utrudnione, że z mojej prawej strony też nikogo nie widziałem. Słychać za to było kilka strzałów, teraz dla odmiany z lewej. Założyłem, że drągowina na prawo musi się kończyć na jakiejś drodze. Po przejściu sporego dystansu, nagle, z oddali, usłyszałem wyraźnie serię strzałów z broni maszynowej. No, tego jeszcze brakowało. Nie dość, że nie wiem czy idę w dobrym kierunku, to jeszcze to? Po następnych kilkudziesięciu metrach zobaczyłem prześwit drogi. Ujrzałem tam stojącego Witię, który oznajmił mi, że musimy poczekać na tych, co przedzierają się przez gęstsze partie lasu. Zapytałem o tę serię z automatu. Ach – to „Pietia Awtomatczik”. Nic mi to nie mówiło, ale nie było czasu na dyskusję, gdyż trzeba było iść dalej. Na następnej drodze pędzenie się zakończyło. Czekał już na nas samochód. W czasie chwilowej przerwy dowiedziałem się od Witii, że z „kałachem” poluje jeden z o cerów zajmujący taką pozycję w jednostce, że nikt nie śmie mu tego zabronić. Nie pytałem o więcej. Poprosiłem tylko, aby pokazali mi drogę do leśniczówki, gdyż skręciłem nogę w kostce i nie dam rady dalej z nimi polować. Zapewniłem Witię, że to nic poważnego i poszedłem w kierunku leśniczówki. Oni kontynuowali dalej swoje polowanie.

W leśniczówce gospodarz zajął się mną i chciał przygotować jakiś kompres. Przyznałem się do oszustwa i jego powodów. Popatrzył na mnie i przyznał, że on sam za żadne skarby nie poszedłby z Rosjanami na polowanie, gdyż życie i zdrowie ma tylko jedno. Ja też już więcej nie próbowałem z nimi polować.