Pierwsza okazja nadarzyła się już we wrześniu. Zostałem przez Witię zaproszony na polowanie na kaczki na rybnych stawach hodowlanych, położonych na terenach łowieckich jakiegoś innego rosyjskiego koła myśliwskiego. Wyjechaliśmy w nocy, aby jeszcze po ciemku zająć stanowiska na groblach. W ogromnym wojskowym „Kamazie” usadowiło się prawie 20 myśliwych. Z tyłu rzucono jakieś brezentowe wory. Jak mi wyjaśniono, były w nich pontony przy pomocy których będzie można podnieść strzelone kaczki (psów nie było). Byłem jedynym Polakiem w tym gronie. Rosjanie (a w zasadzie „Sowieci”, gdyż byli tam również reprezentanci republik azjatyckich), już w trakcie jazdy, szybko wyciągnęli ze swych workowych plecaków chleb, słoninę, cebulę i spirytus, przygotowując się do polowania.

Po przyjeździe, kilku myśliwych wraz z całym bagażem wysiadło wcześniej. Reszta, w tym i ja, przejechała bramę wjazdową do Państwowego Gospodarstwa Rybackiego, dojeżdżając do miejsca skąd poszliśmy już dalej piechotą. Doszliśmy do, jak się później okazało, największego stawu, którego brzegi były porośnięte gdzie nie gdzie krzakami a na lustrze wody było kilka małych wysepek otoczonych rzadkim sitowiem. W ciemnościach zająłem stanowisko w kępce krzaków rosnących na grobli i zacząłem nasłuchiwać świstu lotek przelatującego ptactwa. Po jakimś czasie na wschodzie zaczęło szarzeć. Budził się dzień. Gdzieś w oddali usłyszałem przelatujące kaczki i kilka szybkich strzałów. Zrobiło się już całkiem jasno, a ja nawet nie miałem okazji złożyć się do strzału. Gdzieś w oddali musiała polować jakaś inna grupa myśliwych, gdyż słychać było strzały i z tego kierunku widać było ciągnące wysoko kaczki. Były stanowczo za wysoko na skuteczny śrut, ale moi sąsiedzi pomimo to walili do nich ostro, oczywiście bez efektu. W końcu kaczki przestały latać. Widząc nadchodzącego Witię pomyślałem, że to już koniec polowania, ale reszta myśliwych nie nadchodziła. Tymczasem on usiadł obok mnie i powiedział, że mamy zostać do popołudnia, gdyż kaczki często o tej porze lubią powracać z powrotem. Ze swego tobołka wyciągnął cebulę, ogórki, słoninę i chleb, oznajmiając, że pora na śniadanie. Do tego po chwili dołączyła manierka ledwo rozrobionego z wodą spirytusu. Podczas naszego „śniadania”, z kierunku wysepki oddalonej od nas około 300m., usłyszeliśmy strzały. Złapałem za broń, rozglądając się dookoła, ale nic w powietrzu nie latało. Po śniadaniu Witia poszedł na swoje stanowisko, a ja rozłożyłem się wygodnie w trawie. Słoneczko przygrzewało coraz bardziej, spirytus również grzał, więc powoli oczy zaczęły mi się przymykać. Nagle usłyszałem kolejne dwa strzały z kierunku tej samej wysepki. Momentalnie się rozbudziłem, ale tak jak poprzednio niczego nie zobaczyłem. Powtórzyło się tak jeszcze ze dwa razy. Wreszcie usłyszałem głośny gwizd i zobaczyłem, że reszta towarzystwa zbiera się do powrotu do samochodu. Przy samo-chodzie okazało się, że na rozkładzie była tylko jedna łyska pomimo sporej ilości oddanych strzałów. Żegnał nas, a następnie zamknął za nami bramę, pilnujący stawów dozorca, który sądząc po jego mocno nieskoordynowanych ruchach, musiał oprócz „śniadania” spożyć również „obiad”. Ruszyliśmy szutrówką w kierunku głównej drogi.

Za pierwszym zakrętem czekała na nas przy drodze ekipa „pontoniarzy”. Zaczęli ładować swoje manele na pakę. Jako pierwsze, załadowali duże brezentowe torby a za nimi wiosła i resztę drobniejszych rzeczy.

Na wierzch rzucili pontony i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Po wjeździe na asfaltową drogę jazda była wygodniejsza, nie rzucało już tak nami po całej skrzyni ciężarówki. W pewnym momencie kątem oka zobaczyłem, że w jednej z toreb coś się porusza. Trąciłem w bok Witię i pytająco na niego popatrzyłem. Ten ze śmiechem przyznał się, że „pontoniarze” zamiast polować, łapali siecią ryby. Jeden z nich „podkarmiał” strażnika, a strzelano tylko po to, aby zrobić trochę hałasu. Tym sposobem z polowania na kaczki wróciłem z kilkoma ładnymi karpiami.