Myśliwi Piszą

Polując w Polsce, nawet mi sie nie sniło polowanie i strzelanie do niedźwiedzia. Po przylocie do Kanady i osiedleniu się w Prowincji Ontario zdałem jak najpredzej egzamin łowiecki, kupiłem bron, i co zrozumiałe, zacząłem się rozglądać, na co by tu się „grubego” wybrać. Najbliższy w terminarzu polowań był czarny niedźwiedź.

Będąc kompletnym nowicjuszem (jeśli chodzi o polowanie na niedźwiedzie), nie mając kontaktów z innymi myśliwymi, zdecydowałem się na wykupienie tygodniowego polowania u „outttera” w rejonie Temagami. Teren tamtejszy, jak słyszałem, jest jednym z nielicznych, zachowanych w stanie naturalnym do dziś, terenów leśnych w Ontario. Patrząc na mapę, widząc znikoma siec dróg i nieliczne na tym obszarze miejscowości, oczami wyobraźni już tropiłem niedźwiedzie. Ze słów właściciela ośrodka wypoczynkowego („lodge”), u którego wynająłem domek i który miał miski podkarmiać, można było wywnioskować, iz upolowanie miska jest tylko kwestia przyjazdu, zajęcia miejsca na stanowisku, naciśnięcia spustu, no i oczywiście celnego ulokowania pocisku. Niestety zetkniecie się z rzeczywistością sprowadziło mnie szybko z obłoków, w których juz z „moim” misiem bujałem, na twarda ziemie.

W końcówce lat 70-tych modne były rude lisy. Ceny skór dzikich lisów (spoza hodowli) były bardzo wysokie, przekraczając często wysokość przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia. Zaczęła się „lisia gorączka”.

W połowie grudnia było przewidziane polowanie na zające. Warunki były wspaniałe. Ponowa – w nocy spadło około 10 centymetrów śniegu, było słonecznie, mróz w granicach -5°C i zero wiatru. Na zbiórce pojawiły się dawno niewidziane twarze. Jeden z kolegów przywiózł w charakterze naganiaczy swoją żonę i córkę. Panie były zachwycone zimowym pejzażem, więc „ochom” i „achom” nie było końca. Na zakończenie odprawy prowadzący polowanie spytał zwyczajowo, czy ze strony uczestników są jakieś pytania. „A czy będą tutaj też lisy”?, – zapytała starsza z pań. Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Rozbawione towarzystwo zaczęło zajmować stanowiska na linii myśliwych, a naganiacze ciągnikiem z przyczepą pojechali rozstawić się na stanowiskach wyjściowych.

Gdzieś w połowie grudnia zaproszony zostałem przez Witię na zbiorowe polowanie w ich leśnym obwodzie. Część jego kolegów poznałem już na poprzednim „kaczo-rybnym” polowaniu. Teraz na zbiórce zjawiło się ich trochę więcej. Wszyscy mieliśmy dubeltówki, gdyż Rosjanom nie wolno było posiadać myśliwskiej broni kulowej. Po przyjeździe do leśniczówki prowadzący polowanie uzgodnił z leśniczym, na którym kawałku lasu możemy polować. Z jakichś względów formalnych (chodziło chyba o odpowiedzialność w razie wypadku) Rosjanie nie mogli zatrudniać ludzi do nagonki, polowali więc w lesie tzw. „ławą”. Byłem ciekaw jak to będzie wyglądało w praktyce. Leśniczy nie chciał z nami polować, zasłaniając się nawałem pracy biurowej. Wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy w wyznaczony rejon.

Pierwsza okazja nadarzyła się już we wrześniu. Zostałem przez Witię zaproszony na polowanie na kaczki na rybnych stawach hodowlanych, położonych na terenach łowieckich jakiegoś innego rosyjskiego koła myśliwskiego. Wyjechaliśmy w nocy, aby jeszcze po ciemku zająć stanowiska na groblach. W ogromnym wojskowym „Kamazie” usadowiło się prawie 20 myśliwych. Z tyłu rzucono jakieś brezentowe wory. Jak mi wyjaśniono, były w nich pontony przy pomocy których będzie można podnieść strzelone kaczki (psów nie było). Byłem jedynym Polakiem w tym gronie. Rosjanie (a w zasadzie „Sowieci”, gdyż byli tam również reprezentanci republik azjatyckich), już w trakcie jazdy, szybko wyciągnęli ze swych workowych plecaków chleb, słoninę, cebulę i spirytus, przygotowując się do polowania.

Stacjonujące na terenie Polski rosyjskie jednostki wojskowe miały wyznaczone dla siebie oddzielne obwody łowieckie, na których mogła polować ich kadra oficerska. Graniczyliśmy z dwoma takimi obwodami. Polowali na nich oficerowie z dwóch różnych jednostek lotniczych. Były to obwody w 100% leśne.

Bardzo często nasi sąsiedzi zapędzali się na nasz teren, aby po cichu ustrzelić bażanta czy sarnę, lub w międzywalu Odry zapolować na kaczki, których wtedy było zatrzęsienie. Okresów ochronnych z reguły nie przestrzegali. Wielokrotnie widzieliśmy ich z oddali, ale za każdym razem udawało im się skryć w lesie stanowiącym ich obwód. Skargi do dowództwa garnizonu nie skutkowały, gdyż nie mogliśmy podać bliższych informacji o żadnym z nich, a tego właśnie ich „naczalstwo” żądało.