Medycyna i Łowy

Każdy, kto choć raz czytał „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza, nie zapomni historii choroby Maćka z Bogdańca. Gdy stary rycerz został zdradziecko postrzelony z kuszy, podczas próby wyciągnięcia bełtu odłupała się od niego zadziora i ugrzęzła mu w żywocie. Nieszczęśnik gotował się już na śmierć, atoli ksiądz Cybek, nadworny lekarz królewski, zalecił mu spróbować sadła niedźwiedziego, gdyż jak się w człeku wszystko godnie wytłuści, to się może i ta, psia mać, drzazga którędy wypsnie. Wobec powyższego Zbyszko,  jako dobry bratanek, natychmiast po powrocie do domu zakatrupił biednego misia na lekarstwo dla stryja. Po wypiciu kilku kwart sadła zadziora rzeczywiście się wypsnęła, a Maćko do tego stopnia odzyskał humor, że na śniadanie spożył garniec piwa (cztery litry), półbochenek chleba i dwadzieścia jaj.

Opisany tutaj sposób użycia niedźwiedziego sadła jest oczywiście fikcją literacką, wytworem płodnego pióra naszego wielkiego Noblisty, który znalazł w ten sposób doskonały pretekst do umieszczenia w powieści porywającej sceny walki z misiem. Z zapisów historycznych wynika   jednak, że medycyna średniowieczna wykorzystywała rozmaite części zwierząt jako ingrediencje do sporządzania leczniczych mikstur, dekoktów i eliksirów. Opis niektórych składników może doprowadzić do mdłości nawet względnie odpornych ludzi, gwoli prawdy historycznej warto przypomnieć kilka podstawowych lekarstw pochodzenia zwierzęcego, bez których nasi przodkowie po prostu nie mogli się obejść.

Kopalnią wiedzy na ten temat jest wydana w 1675 r. księga autorstwa Jakuba Kazimierza Haura pt. „Skład albo skarbiec znakomitych sekretów ekonomiej ziemiańskiej”. Są w niej omówione rozmaite techniki łowieckie, gatunki zwierząt łownych oraz „pożytki”, jakie z nich płyną. Wśród tych „pożytków” wymienione są rozliczne lekarstwa na rozmaite choroby, opatrzone niejednokrotnie szczegółowym sposobem ich przyrządzania.

W zasadzie każde zwierzę, na jakie polowano, mogło znaleźć zastosowanie w ówczesnej medycynie. Poczesne miejsce zajmował jeleń. Spożywanie jego mięsa miało strzec od febry oraz uśmierzać liczne choroby. Szczególnie cenione było poroże. Autor zalecał: aby, utarszy na proch, kadzić nim w mieszkaniach, kurnikach, w gęsiarniach i na oborze, gdzie różne przebywa bydło, dla przygody od jadowi-tej gadziny, albowiem od tej woni i dymu węże, jaszczurki, żmije i padalce uciekają i opodal od tego miejsca ustępują. Zważywszy, że zapach palonej keratyny w istocie jest trudny do wytrzymania, metoda ta mogła być skuteczna. Oprócz wszelkiej gadziny z budynków uciekało zapewne wszystko co żyje, ze służbą i nietoperzami włącznie. Palony róg jeleni używano również do leczenia rozmaitych chorób, gdyż żołądek umacnia, gorączki uśmierza, febry różne w człowieku mityguje. W celu przyrządzenia mikstury „róg” ten należało drobno utłuc w moździerzu, przesiać i wymieszać z wódką różaną. W ciężkich przypadkach chorób polecane były zwłaszcza dekokty sporządzane z koniuszków poroża. O ile używanie poroży w wymienionych celach było mało szkodliwe dla jeleni (zwierz ten bowiem rogi swoje na czas zrzuca dobrowolni),to następne lekarstwo wymagało już zabicia zwierzęcia.

W sercu jelenia znajduje się bowiem kamyk którego zażywają do proszków na mdłości i słabości. Wartościowym medykamentem była też wódka destylowana z jeleniego serca. Trunek ten był  zwłaszcza wskazany dla cierpiących na choroby serca i febrę. Medycyna zalecała przyjmowanie na raz łyżki jednej pomiernej. Aby zakończyć temat jelenia, dodać należy, że stosowano także krew z łani jako maść na żylaki.  W staropolskiej apteczce znalazło się również miejsce dla łosia. Wskazane było spożywanie jego zdrowego i posilnego mięsa oraz stosowanie łosiego kopyta. Tego ostatniego nie trzeba było zażywać. Gdy człowieka dopadła afekcyja jakowaś (tj. choroba) wystarczyło dać mu to kopyto w garść, trzymać i nosić (...) przy sobie. Wiara w uzdrawiającą moc tego amuletu musiała być szeroko rozpowszechniona, zachowały się bowiem zapiski, mówiące o wytwarzaniu przez rzemieślników biżuterii z kopyt łosia, noszonej właśnie w celach leczniczych. Oczywiście w cudowną moc amuletów mógł wierzyć jedynie prosty, ciemny plebs. Wykształcony, światły obywatel postępował przy leczeniu kopytem łosia zgodnie z zasadami nauki i rozumu. Należało medykament ten sproszkować i zażywać z umiarem, np. w przypadku febry. Dodać jeszcze należy, że najskuteczniejszy był on wtedy, gdy myśliwemu udało się zastrzelić łosia natenczas właśnie, kiedy się zadnią skrobie nogą. Ba, takie lekarstwo mogło podobno w nagłej potrzebie zastąpić róg jednorożca, oczywiście tylko jeśli przypadkowo zabrakło tego składnika. Cudownych środków leczniczych dostarczały „puszcz imperatory”, czyli żubry. Haur pisał o tym następującymi słowy: Rogi żubrowe mają w sobie wielką cnotę i sekreta, wielcy panowie i różnej kondycyjej ludzie z kubków toczonych (z tych rogów) napojów różnych i trunków zażywają, oprawują je w drogie metale, w których gdyby była trucizna, zaraz ją wyrzuci i wylewa. Sadło żubrze było zaś szeroko polecane do smarowania ran, nawet zastarzałych i trudnych do zagojenia.

W spisie zwierząt leczniczych nie może zabraknąć słynnego sienkiewiczowskiego niedźwiedzia. Zwierz ten będący synonimem potęgi i siły, dostarczał medykamentów na liczne przypadłości. Jego żółć stosowano w przypadku epilepsji i paraliżu, mózg zaś stanowił śmiertelną truciznę, mającą powodować utratę zmysłów. Słynne sadło służyło m.in. do walki z łupieżem i grzybicą głowy, ponoć z niezawodnym skutkiem. No cóż, jeśli ktoś ma kłopoty z włosami: topór za pas, widły na plecy, „Krzyżaków” pod pachę i hajda... do ZOO, ale uwaga, sadło niedźwiedzie miało barwić włosy na biało tak, że wyglądały jak pokryte siwizną! A jeśli już komuś uda się pokonać niedźwiedzia, niech nie zapomni o wyłupieniu mu oczu: noszone na lewym przedramieniu uchronią przed febrą, prawe oko zaś, powieszone na szyi dziecka, zapewni mu spokojny sen i uwolni od nocnych koszmarów. Posmarowanie czoła sadłem miało gwarantować bystry rozum i jasność myśli.  

Wielu cennych ingrediencji dostarczał też dzik, samo jego mięso nad inną zwierzynę jest zdrowe, pożyteczne i smaku dobrego, żołądkowi strawne za pomiernym używaniem, krew czystą sprawuje i mnoży. Do pokarmów zalecano również dodawać dziczej posoki jako zdrowej i posilnej. Z krwi wieprzowej destylowano również wódkę, która zmieszana z ziołami służyła do uśmierzania cierpień suchotników. Ważnym lekarstwem było sadło wieprzowe, czy to stosowane zewnętrznie do smarowania potłuczonych boków, czy też doustnie w trunku, z octem lub winem.

Zęby wieprzowe, potłuczone i zażywane, stanowiły niezawodne remedium na kolki i parcia w bokach i różnej części ciała. Należało domieszać je do wódki zaprawionej nasieniem maku polnego i z umiarem zażywać. Również żółć wieprzowa stosowana była zewnętrznie jako maść na wszelkie gruczoły, które się zowią wole, na szyjej (schorzenia tarczycy). Cenne było również suszone łajno wieprzowe zalecane dla gruźlików oraz innych osób mających uporczywy kaszel. Należało rozmieszać je z dowolnym trunkiem i podawać chorym do picia., a gdy kto krwią pluje i zbyt charchającym, jest dowodnym lekarstwem i uśmierzeniem. Dzisiaj w dobie powrotu medy-cyny naturalnej, składnik ten jako stosunkowo prosty do zdobycia, być może doczeka się tryumfalnego powrotu. Amatorom leczenia podobnymi środkami można również polecić mocz wieprzowy, który kamień w człeku kruszy przez urynę wyprowadza i czyści.  Kontynuując ten „apetyczny” temat, nie sposób pominąć milczeniem szerokiego zastosowania odchodów sarny. Otóż jej łajno (...) ludziom kolerycznym, gniewliwym, często się turbującym zdrowe jest i pomocne, bo te przymioty każdemu są szkodne i niezdrowe. Remedium to przydałoby się wielu osobom i w dzisiejszych czasach, niestety, autor nie podaje, jak należy je zażywać. Rozmieszane w winie ususzone odchody sarny stosowano ponadto w przypadku żółtaczki.

Z dodatkiem ziół łagodziły objawy bólów miesiączkowych u kobiet, palone zaś i utarte z octem i miodem leczyć miały wszelkie skazy i strupy głowy. Sporządzano z nich również maść na sadle wieprzowym, która przynosiła ulgę w łamaniu w kościach i bólach stawów i mięśni.Wielu cennych lekarstw dostarczał także kot polny, czyli pospolity zając. Haur twierdził, iż choć z natury swojej jest suchy, jednak krew dobrą mnoży, kto go często na pokarm używa; zając pieczony czyści żołądek i poleruje, do strawienia także snadny, (...) pomocny zepsowanym i zranionym wnętrznościom i zawrzodziałym, gdy mięsa świeżego zażyją. Oprócz konsumpcji hurtowej w leczeniu wykorzystywano również poszczególne części ciała tego zwierzęcia. I tak głowa zająca, spalona na proch i utarta ze świeżym masłem, leczyła i goiła wszelkie rany i strupy, a jego mózg, upieczony, służył do smarowania rąk w przypadku ich drżenia oraz do leczenia wielu chorób. Zalecano też smarowanie nim dziąsełek dzieci w przypadku problemów z wyrzynaniem się ząbków. Polewka uwarzona z mięsa zajęczego, stosowana zewnętrznie, służyła zaś do uśmierzania boleści powodowanych przez podagrę, która, jak wiadomo, była ulubioną chorobą ludzi z wyższych sfer.

Szczególnie cenione było tzw. serzysko (podpuszczka) zajęcza. Wydobyte z żołądka młodego zwierzęcia i pite z octem traktowane było jako panaceum skutecznie leczące wszelką chorobę oraz chroniące przed trucizną. Maść sporządzona z niego miała również przynosić ulgę karmiącym kobietom w razie wystąpienia zastojów w piersiach. Apteczka naszych przodków zapełniała się także po polowaniu na lisy. Sadło tego zwierzęcia stosowano do smarowania osłabionych i popękanych naczyń krwionośnych, strupów, krost i trudno gojących się ran, śledzionę – do rozpędzania wrzodów i nabrzmiałości, krew – w przypadku suchot i kamieni nerkowych oraz łajno – przeciwko strupom i chropowatościom. Z lisiego mięsa pomieszanego z oliwą przyrządzano specjalny olejek wielce ponoć skuteczny m.in. na łamanie w kościach.Lecznicze właściwości miały także niektóre wnętrzności lisa, a sposób ich przyrządzania jest na tyle ciekawy, że warto przytoczyć go w całości: Płucka lisie dobrze w winie opłukane i umyte, wysuszone, subtelno na proszek utarte, który w cukrze zaprawny, jest rzecz bardzo specjalna i osobliwa do gojenia ciele ludzkim owrzodziałym płuców gnijących, okrastawialych: w suchotach, w ciężkich kaślach, duszności w piersiach do zażywania częstego, wielce z doświadczeniem pożyteczny, którego jako za ulep albo konfekt zażywać; natenczas trzeba się wystrzegać słono i kwaśno jadać, a tak każdy dowolnego dozna skutku na tę dolegliwość. W terenach górskich jako źródło lekarstw wykorzystywano kozice i świstaki zwane bobakami. Mięso kozic na pokarm do używania bardzo zdrowe, człeka tuczy, krew dobrą mnoży, żołądkowi strawne i posilne, mianowicie w suchotach, i słabym ludziom pożyteczne. Sadło służyło do leczenia ran i wrzodów, a także do smarowania chorych koni. Tłuszcz świstaków był natomiast na urazy wielkie pomocny.    

Bardzo cennym zwierzęciem leczniczym był kret: to zwierzę całe na proch spaliwszy, a potem go z miodem umięszawszy albo od jaja z białkiem zabiwszy, trąd i wszelakie ciała ludzkiego spędza i goi skazy, nawet i brodawki szpetne gubi i niszczy. Proszek ze spalonego kreta był również stosowany w ilości ćwierci łuta w piwie lub winie. Uśmierzał ból, łamanie w kościach i strzykanie w stawach. Autor podaje również, że krwią jego, gdy komu głowę posmaruja ołysiałą, pokrywa się i odziewa głowa włosami, a co wieksza cudnymi i pieknymi. Podobno do tego celu najlepszy był kret schwytany w majową noc. Ten przepis przydałby się zapewne niejednemu „błyskotliwemu” panu... No cóż, kretów ci u nas dostatek, więc panowie, majową nocą ciemną... Wytrwałym łowcom warto jeszcze powiedzieć, że jeśliby ktoś schwytał i udusił kreta gołą ręką, ponoć przez cały rok będzie wolny od wszelkiej febry...Jeż, pod względem właściwości leczniczych, niewiele ustępował kretom. Jego wątroba, ususzona i zmielona na proszek zmieszana z miodem pitnym stosowana była w przypadku zapalenia nerek, suszone zaś lub świeże mięso pomocne było w uśmierzaniu dolegliwości związanych z puchliną. Dobrze uwarzone mięso jeża zalecano też trędowatym oraz ludziom o bladej cerze. Sadło jeżowe wykorzystywano do smarowania dzieci cierpiących na przepuklinę.

Cenny był także królik. Należało całego spalić na proch i zmieszać go ze świeżym masłem. Tak przyrządzona maść służyła do smarowania gardła w  przypadku zapalenia lub wystąpienia wola oraz skóry, jeśli pokryła się krostami. Sadło wykorzystywano do smarowania stwardniałych żył, mózg zaś, upieczony w popiele, gdyby komu trucizny zadano abo sam z nieostrożności lubo z jakiego otruł się przypadku, za świeża zaraz, gdy mu to dadzą w mleku abo w jaki trunku, tedy szkodzić nie może.

Sława wszystkich wymienionych do tej pory gatunków jest niczym w porównaniu z właściwościami leczniczymi bobra, a raczej pewnej części jego ciała: Stroje jego abo moszenki w różnych afekcyjach ludzkich są potrzebne, wiatry zatrzymane w człowieku rozpędzają. Głowę utwierdzą, omdlałe siły wzmacniają. Truciznę zadaną z człowieka wypędzają, do kichania przywodzą. Białogłowską chorobę miesięczną pędzą. Od nagłej śmierci bronią i od wielkiej choroby zachowują. Od zbytniego spania miarkują czas. Od zawrotu głowy zachowują. Trzęsienie rąk oddalają. Słuch w uszach naprawiają i boleści w zębach mitygują. Tenże pomieniony strój zatłumione macice białym głowom przez różne sposoby umacnia i do skutku dobrego przy-wodzi, pod nosem trzymając i wąchając, pod pachami nosząc, przywiązaniem, kadzeniem od spodu nad węglikami wprzód wypalonymi, zdrowi, czerstwi i znacznie pomaga. Zastosowanie w lecznictwie miała także skóra bobrowa, odziewanie się w nią polecano paralitykom i cierpiącym na podagrę. Sadło znajdowało zaś użycie przy chorobach naczyń krwionośnych.

Warto było również zapolować na borsuka. Obłupiony ze skóry, spalony i sproszkowany stanowił lekarstwo na suchoty. Zażywać należało go wraz z letnim piwem. Ususzona i roztarta krew, również z piwem, stanowiła niezawodne remedium na trąd.Ta sama krew destylowana na wódkę była bardzo pomocna zapowietrzonym(...) i od mrówek broni i zachowuje. Cenione było sadło borsucze nierównie od wieprzowego gorętsze i skuteczniejsze do smarowania krzyżów i nerek, albowiem wszelki ból i styskiwanie w krzyżach znacznie uśmierza i goi, nawet kamień nerkowy kruszy i niszczy. Zalecana również była lewatywa z użyciem rozpuszczonego sadła, według ówczesnej wiedzy znakomicie leczyła kamicę nerkową. Tłuszcz borsuka był też stosowany do smarowania pękających naczyń krwionośnych oraz leczenia przepukliny zarówno u dzieci, jak i u dorosłych.

Mnóstwo przesądów i wierzeń związanych było z budzącym grozę wilkiem. Wilcze zęby oprawione w srebro uważane były za niezawodne remedium na wyrzynanie się ząbków u niemowląt przez dotykanie dziąsełek abo w ustkach trzymanie. Noszone na szyi miały dodatkowo, podobnie jak oko niedźwiedzia, zapewnić dzieciom zdrowy, spokojny sen. Ususzona i zmielona wilcza wątroba stanowiła skuteczny środek na opuchlizny, a także pomagała suchotnikom i ludziom o białej cerze. Na parcie i kolki najlepszy był proszek z  wysuszonych i rozdrobnionych wnętrzności wilka. Zalecano dawkę ćwierci łuta rozrobioną w dowolnym trunku. Podobne działanie, ale zewnętrzne, miała skóra drapieżnika. Należało przyłożyć ją do żywota i czekać póki się nie rozgrzeje – ból mijał ponoć, jak ręką odjął. W braku skóry można było użyć wilczego łajna.
Przygarść należało zawinąć w chustkę i zastosować jak wyżej. Na strzykanie w stawach i łamanie w kościach skuteczne było wilcze sadło. Z wilczej krwi destylowano wódkę zalecaną dla suchotników plujących krwią. Jednak najciekawszą była receptura przyrządzania tzw. olejku z wilka. Należało gotować wilcze mięso tak długo, aż poodchodzi od kości i utworzy bulion. Wywar ten należało przecedzić przez czystą chustę, wymieszać z oliwą i warzyć dalej tak długo, aż pozostanie w garnku sama oliwa. Cenna ta mikstura była wielce pomocna ludziom cierpiącym na podagrę.

I jeszcze coś dla uskarżających się na uporczywe kurcze mięśni: dobrze jest wtedy sowę warzoną albo upieczoną miasto kuropatwy zjeść, innego do 24 godzin nie zażywając pokarmu, znaczne uczyni wtedy dolegliwości uśmierzenie i pomoc. Aby leczenie było skuteczne, smakowity ten zabieg należy powtarzać kilkakrotnie, zawsze w czasie schodu miesiąca.  Ewentualnym amatorom sowiej kuracji należy, niestety, przypomnieć, że obecnie wszystkie gatunki tych leczniczych ptaków znajdują się pod ochroną.

Tytułem zakończenia warto dodać, że wiara w lecznicza moc różnych części ciała zwierząt nie uległa zapomnieniu. Gustują w nich zwłaszcza sztuki medyczne Dalekiego Wschodu. Panty jeleni, wątroba i żółć niedźwiedzia, jądra tygrysa czy róg nosorożca nadal cieszą się tam niesłabnącą popularnością, a wysokie ceny płacone za te składniki stanowią zachętę do kłusownictwa i przyczyniają się do wyniszczania wielu zagrożonych gatunków.

Afrykański Poranek

Dzień rozpoczął się wyjazdem o świcie. O poranku można zobaczyć wiele zwierząt, które później chowają się przed palącym słońcem.Muszę przyznać, że mam dużo szczęścia.W czasie jazdy oglądam pasące się stadko impali, to znów dwa gnu przemykają dość szybko. Mijamy kilka bawołów przyglądających się nam uważnie, ale są też przedstawiciele miejscowego ptactwa.Jakież to wielkie szczęście móc zobaczyć te wszystkie zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

Wreszcie docieramy do wzgórza. Wiele sobie po nim obiecywałem. Dzisiaj polowanie na kudu. Opuszczamy samochód wraz z moim zawodowym myśliwym.  P.H (Profesional Hunter) to specyficzny zawód, który wymaga ciągłego przystosowania się do terenu i zwierzyny. Benny pomimo młodego wieku posiada duże doświadczenie myśliwskie. Idzie pierwszy, za nim buszmen i ja. Jeszcze parę skoków i jesteśmy u podnóża góry.

Słońce nieubłagalnie wznosi się coraz wyżej. To jeszcze ranek, ale upał zaczyna już doskwierać.

Instalujemy się na stoku niewysokiego wzgórka porośniętego kępami buszu. Przed nami sawanna. Tu właśnie przyszło nam wypatrywać kudu.

Pomimo mojego myśliwskiego doświadczenia zdobytego na dwóch kontynentach muszę polegać na umiejętnościach lokalnych myśliwych. Także i teraz pozostawiam im zajęcie wypatrywania kudu gdzieś tam na sawannie. W czasie, kiedy oni zajmują się przeglądaniem terenu, ja kontempluję. Pożeram wzrokiem widoki pod jasnoniebieskim niebem. Przede mną rozległa trawiasta równina o niezbyt bujnym drzewostanie. Miejscami widać wyizolowane wzgórza skalne, otoczone pofałdowanym terenem.

Obserwacja tej dzikiej natury uczy umiejętności wczuwania się w nią.

Lekkie puknięcie w ramię wyrwało mnie z tego błogiego stanu. To Benny ściszonym głosem oznajmił mi dobra nowinę. Buszmen dzięki swym nadzwyczajnym zdolnościom spostrze-gawczym, na odległość wyłuskał gdzieś daleko na sawannie pięknego kudu. Tak więc za chwilę ruszamy w podchód ...

O Klubie

Klub powstał w 1992 r. z inicjatywy grupki zapaleńców, którzy bądź polowali w Polsce i chcieli kontynuować swą pasję w kanadyjskich lasach, bądź chcieli rozpocząć swoją przygodę z łowiectwem właśnie tutaj w Kanadzie, naszym nowym kraju osiedlenia. Byli to ludzie pochodzących z różnych zakątków Polski. Część z nich miała już zdane kanadyjskie egzaminy łowieckie, część nie wiedziała w ogóle jak się do tego zabrać.

Na zebranie założycielskie przybyło około 30 osób, a deklarację wstąpienia do Klubu złożyło 41 osób.

Po opracowaniu Statutu i rejestracji, (co nastąpiło w maju 1992 r.) Klub zaczął oficjalnie istnieć (prawdopodobnie jest to pierwszy na świecie Polski Klub Myśliwski oficjalnie zarejestrowany). Pierwszym Prezesem Klubu został kol. Ryszard Mazur a po jego śmierci w 1997 r., kol. Wojciech Posłuszny (dotychczasowy V-ce Prezes). W chwili rejestracji do Klubu należało już 51 osób. Od początku motywem przewodnim działalności klubowej stał się zamiar zebrania odpowiednich funduszy i zakupu kawałka ziemi w północnym Ontario.

Od początku istnienia staraliśmy się służyć nowym kandydatom pomocą w uzyskaniu tak pozwolenia na broń, jak też licencji myśliwskiej. W tym celu pomagaliśmy organizować szkolenia oraz egzaminy. Dla niektórych poważną przeszkodą do pokonania była słaba znajomość języka angielskiego.

W 1998 r. udało się nam uzyskać zgodę Polskiego Związku Łowieckiego na organizację kursu oraz egzaminów dla nowo wstępujących do PZŁ, jak też dla selekcjonerów zwierzyny płowej.

Klub organizuje w ciągu roku szereg imprez mających na celu przybliżenie szerokiemu ogółowi ludzi spraw związanych z myślistwem i strzelectwem. Służą temu m. inn. pikniki połączone ze strzelaniem do tzw. “rzutków”.

Doroczną atrakcją karnawału stał się tradycyjny “Bal Myśliwski”. Uczestnicy tego balu mają nie tylko zapewnioną wspaniałą zabawę, ale też mogą oglądnąć trofea zdobyte przez członków Klubu a stanowiące element dekoracji sali balowej, oraz degustować dziczyznę.   Dla wielu osób jest to często pierwsza okazja do oglądania i dotknięcia skóry czarnego niedźwiedzia, łopat łosia czy wieńca jelenia. W przerwie imprezy następuje ceremonia wręczenie przechodniego pucharu dla “Króla Polowań” koledze, któremu w danym roku Bór najobficiej darzył. Organizowane są corocznie wiosenne zawody strzeleckie kulowe do sylwetki rogacza oraz dzika, a we wrześniu odbywają się zawody w konkurencji “sporting clay”  w których od 2 lat udział biorą koledzy z polonijnych klubów myśliwskich z Chicago i Nowego Yorku.

Działalność Klubu została zauważona przez władze Polskiego Związku Łowieckiego oraz doceniona. W 1998 roku Klub oraz 6-ciu jego członków (w tym pośmiertnie kol. R. Mazur) zostało odznaczonych “Medalem św. Huberta”. Medal ten jest nadawany m. in. za:“szczególne osiągnięcia szkoleniowe, popularyzację wiedzy, tradycji i kultury łowieckiej”.

Z okazji 20–lecia PZŁ odznaczył Srebrnym Medalem Zasługi Łowieckiej  kol. Wojciecha Posłusznego a Brązowym Medalem  kolegów: Andrzeja Dębowskiego, Kazimierza Maziarkę, Krzysztofa Karpiela, Bogdana Terka i Jana Zycha. Odznaką za Zasługi dla Łowiectwa odznaczono Danutę Zych w uznaniu dla jej zaangażowania i pomocy dla Klubu w ciągu tych minionych 20 lat.
 
Polonijna Kapituła Odznaczeń Łowieckich odznaczyła Krzyżem św. Huberta kolegów Mirosława Bekasa i Janusza Wałowa. Jest to odznaczenie ustanowione przez polonijne Kluby Myśliwskie w USA i Kanadzie za propagowanie polskich zwyczajów i kultury łowieckiej oraz zaangażowanie w działalności swych macierzystych Klubów.
 
Pomysł zakupu ziemi, który 20 lat temu został zasiany w naszych umysłach wreszcie w tym roku wykiełkował. Udało nam się kupić 100 akrów terenu leśnego, na którym to terenie będziemy chcieli stworzyć warunki nie tylko do polowania, ale do wspólnych rodzinnych wyjazdów w plener. Do pełnego rozkwitu potrzeba nam tylko czasu i środków.
 
Na razie jesteśmy na etapie obmyślenia koncepcji zagospodarowania części działki z myślą budowy (jak na razie) jakiejś wiaty. W przyszłości, w zależności od stanu kasy klubowej, można będzie wybudować coś większego. Z pewnością pracy nam nie zabraknie, ale najważniejsze (i jest to dla mnie osobiście wielką satysfakcją) że dotarliśmy do założonego 20 lat temu celu.

Wojciech Posłuszny

Sierpień 2012 r.

Nasze Wartości

W zdecydowanej większości jesteśmy katolikami. Nasza wiarę wynieśliśmy z  rodzinnych domów i jesteśmy do niej głęboko przywiązani. Dlatego nasze łowiectwo mieści się w kanonach myślistwa o głęboko zakorzenionej tradycji chrześcijańskiej.

Ale w klubie promujemy szacunek dla członków należących do innych religii lub mających inny pogląd na świat. Stąd wartość naszego zgrupowania w Polskim Klubie Myśliwskim w Kanadzie mieści się w tolerancji wspartej głębokim koleżeństwem szczególnie wspartym w "Darz Bór" i "Święty Hubert!", co kryje się pod naszym klubowym sztandarem.

Nasza Działalność

Gdzie Się Udzielamy

Zgromadzeni w Polskim Klubie Myśliwskim w Kanadzie dostrzegliśmy, że naszym narodowym obowiązkiem jest udzielanie się środowiskach polonijnych w kraju naszego zamieszkania. Nasze kontakty kierujemy do rożnych środowisk polonijnych,  młodzieży i dzieci z polskim rodowodem. Mamy również wsparcie Konsulatu i Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej z czego jesteśmy bardzo dumni.

Więcej artykułów…

  1. Nasze Cele