Polowanie na bażanty 28 pażdziernik 2006

Już na samym wstępie należy powiedzieć, że to polowanie jest bardziej spotkaniem integracyjnym, aniżeli faktycznym panowaniem nad naturą. Stąd Zarząd Polish Hunting Club of Canada zorganizował w dniu 28 października 2006 roku na terenie „PINEGROVE PHEASANT FARM” w Castleton polowanie na bażanty. Przybyło nas tu 19 myśliwych i kilka osób towarzyszących. Więcej też tu jest w hucznej samej nazwie, niż we wzmaganiach łowieckich. Ale coś za coś, jak to powiadali ...... mędrcy z różnych ludzkich ugrupowań. To polowanie dla członków naszego PKM, było ponad wszystko spotkaniem koleżeńskim. A to drąży jakąś ścieżkę, która w niewidoczy sposób przeistacza się na iście przyjazdny szlak. I dalej idąc, ale już tą wydeptaną drogą, można mimochodem usłyszeć w przeróżnych okolicznościach „ten mój przyjaciel po strzelbie”- czy to nie jest piękne i wzruszające, kiedy człowiek lgnie z dobrocią do współtowarzysza łowów. Napewno to jest to, co nierzadko i bezwiednie przechodzi przez nas samych. I tak było i w tym dniu, a przyczynił się do tego również solenizant Tadeusz, któremu chóralnie odśpiewaliśmy znane od dawien dawna „STO LAT”. Ale za nim do tego doszło, wyszliśmy na bażanci ułowek.

Pogoda, jak wiemy dla myśliwych może być tylko dwojaka, dobra albo bardzo dobra. W tym dniu była pogoda dobra. Lało jak z cebra. Gdy przez pomyłkę pochodziłem ze spuszczonym przeciwdeszczowym kapturem, a spadający deszcz moją czapkę przemienił w ręcznik kąpielowy, wtedy zdjąłem to przesiąknięte wodą nakrycie głowy i zarzuciłem na nią wspomniany kaptur. Po chwili poczułem jak mi woda ciecze po moim ciele i dalej poprzez osobistą bieliznę do samych skarpet. A wszystko to się stało z powodu zebranej wody w moim kapturze. Co wówczas człowiek myśli, zapewne, że na drugi raz tego nie uczyni. Uczyni czy nie uczyni, to już od pamięci zależy, ale na tą właśnie chwilę czuję się jak wyjęty z przerębli. Obserwując wokół moich współtowarzyszy łowów, dostrzegłem i u nich, że w tym dniu pasja myśliwska górowała nad zdrowym rozsądkiem. Wszyscy byli mokrzy jak przysłowiowe mopsy (krótkowsłosy pies pochodzenia azjatyckiego, stroniący od deszczu i wilgoci). Co trochę i nasze psy wstrząsały całym swoim ciałem, by zrzucić z niego zalegającą na nim wodę. Ale jak łowy to łowy, deszcz leje to czapki z głowy i w pole!

A w przekroju dnia wyglądało to następująco. W pierwszej kolejności, zgodnie z naszą łowiecką tradycją odbyła się odprawa myśliwska, w trakcie której Łowczy Polskiego Klubu Myśliwskiego w Kanadzie wyjaśnił jak ma się odbyć dzisiejsze polowanie i dodatkowo sprecyzował jak należy przestrzegać bezpieczeństwa z użyciem broni myśliwskiej i w trakcie uczestniczenia w samym polowaniu. Po odprawie myśliwi podzielili się na trzy grupy, gdzie dla każdej z nich było do upolowania po 17 bażantów. Z tym, że w grupie w której ja uczestniczyłem, było ich o 3 więcej, bo dorzucił je Kolega Zenek jako gość na naszym polowaniu. I około 11-stej w scenerii pogody o której wspomniałem rozeszliśmy się na trzy oddzielnie pola łowieckie.

Samo polowanie, tak jak i pogoda, było „pod psem” i w przenośni oraz rzeczywistości. A to wynikało i z tego, że zmoczone jak wspomniane „mopsy” były i bażanty. W takim stanie nie były one lotne i nie podrywały się z gąszczy traw, lecz tylko wolały uchodzić swym szybkim ciekiem. Ale nie ciekły szybciej od rocznego Maksa labladora, który dobrym węchem je lokalizował i następnie je chwytał aportując do swego pana – Jerzego. Dopadł ich około 80% z pozyskanych przez naszą grupę18 (na 20 wpuszczonych), był tym bardzo rozochocony i robił to z ogromną pasją. Jego zachowanie wynikało i z tego, że psy tej rasy dysponują niewspółmiernie do innych lepszym węchem i nie robią tzw. stójki. A temterament młodego psa ciągnął go na przekór wszystkiego do zdobyczy. I stąd taki jego uzysk. Natomiast polująca z nami suka Janka 3,5-letnia Roksi wyżeł krótkowłosy, poprzedzała spotkanie z wytropionym bażantem „stójką” i w oparciu o swoje łowieckie doświadczenie liczyła na podryw ptaka i strzał w dalszej kolejności. Stąd po jej zachowaniu nie można było się spodziewać, że ona będzie te przemoczone bażanty wyłapywać. Podobnie to co ona, robił jej potomek roczny Reks. Po trzech godzinach chodzenia, z ułowkiem 18 bażantów, nasza grupa wracała na końcowe spotkanie ale już z pokotem, na teren zabudowań farmy. Przyszli w tym czasie także uczestnicy pozostałych dwóch grup z której jedna upolował 7 a kolejna 6 bażantów. Pokot z 31 bażantami legł na mokrej murawie w strugach deszczu, gdzie Łowczy Jan Zych zakończył polowanie podziękowaniem za przestrzeganie zasad bezpieczeństwa i zaprosił przemokniętych uczestników na bigos myśliwski z przeróżnymi dodatkami przy polowych stołach pod wiatą farmera. Dyskusji o łowieckim stanie nie było widać końca. I tak by ona dalej dalej trwała, gdyby nie przerwał jej wspomniany wcześniej toast za solenizanta Tadeusza. STO LAT.... STO LAT, NIECH ŻYJE NAM ... na cześć Tadeusza, uchodziło wznoszonym echem w górzystą przestrzeń wokół Farmy w Castleton. I ja tu byłem .................... jadłem bigos i „miód” piłem, a com dostrzegł piórem zakreśliłem.

Michał Kiełb